Rola otoczenia, Z życia mamy

Droga przyszła nauczycielko mojego dziecka[1]

Mama i syn na ławce, jesienny portret

Mój Syn jeszcze nie zaczął przedszkola, ani tym bardziej szkoły. Do tej drugiej brakuje mu jeszcze zresztą dobrych kilku lat. Jaką jednak byłabym przedstawicielką Matek Polek, gdybym od czasu do czasu nie zamartwiała się o to już teraz? Jak się zaadaptuje, jak sobie poradzi z sztywnymi wymaganiami? Jak będzie się czuł, kiedy będzie musiał sprostać wysokim oczekiwaniom szkoły? Czy znajdzie się miejsce na jego energię w naszym ponurym systemie edukacji?

I oczywiście jeszcze jedno. Coś od czego, moim zdaniem, zależy bardzo wiele. Filar edukacji naszego dziecka: nauczyciel lub nauczycielka. Jaki będzie? Czy będzie zaangażowany i empatyczny? Czy będzie potrafił dostrzec moje dziecko i jego potrzeby pośród wielu innych? Czy znajdzie czas na bycie zarówno nauczycielem, jak i pedagogiem?

Tylko, że w całej tej sytuacji trochę zapomniałam o jednym: ja też jestem stroną w procesie edukacji mojego dziecka. Mam wpływ na jego nastawienie i podejście. Mam wpływ na jego postawę i zachowanie. Mam wpływ na to, kim jest i będzie.

Pozytywny rozwój

Dlaczego o tym piszę akurat dzisiaj? Bo obejrzałam film, pochodzący z kampanii Pozytywny Rozwój (film poniżenj). Obejrzałam i rzecz jasna zgorszyłam się zachowaniem ojca, który wrzeszczy na nauczycielkę. Tylko czy w moim myśleniu o przyszłej edukacji Syna znalazło się dla niej miejsce?

Nie dla zadań, wymagań i oczekiwań, jakie wobec niej mam, tylko dla niej. Do tego, aby dostrzec, jak trudną wykonuje pracę. Zauważyć, że żeby wykonywać swoje obowiązki musi wykazywać się szerokim wachlarzem kompetencji.

Znajomością swojego przedmiotu, gdy naucza. Pedagogiczną zręcznością, gdy musi ogarnąć całą grupę dzieci. Biegłością w prawidłach rozwojowych, kiedy chce zrozumieć podopiecznych. Wyrozumiałością i cierpliwością, kiedy pochyla się nad swoim uczniem. I wreszcie, kompetencjami społecznymi, kiedy przyjdzie jej rozmawiać z jego rodzicem.

Wspomnienia

Szczególnie czule wspominam dwie z moich nauczycielek. Tak się składa, że obie nauczały mojego ulubionego przedmiotu: języka polskiego. Pierwsza z nich na pierwszej naszej wspólnej lekcji w czwartej klasie zwróciła mi uwagę, że długo się rozpakowuję i cała klasa musi czekać za mną z rozpoczęciem lekcji. Tego dnia na pytanie mamy o nauczycieli odpowiedziałam, że wszyscy nauczyciele są mili, tylko pani od polskiego jest niemiła i ostra.

Druga nauczycielka uczyła mnie języka polskiego w gimnazjum. Była stanowcza i bardzo wymagająca, ale mi to nie przeszkadzało. Byłam naprawdę dobra z języka polskiego, to był w końcu mój ulubiony przedmiot. Nagle jednak nauczycielka przestała mnie chwalić, a zaczęła ganić. W mojej percepcji czepiała się o najmniejsze drobiazgi i zwyczajnie się na mnie uwzięła, i to z dnia na dzień. Oczywiście opowiedziałam to mojej mamie. Tylko to opowiedziałam.

Skoro mam takie wspomnienia, to dlaczego właśnie te nauczycielki wspominam tak czule? Opowiem Wam, jak zakończyły się te historie.

Nauczycielka z podstawówki, która zganiła mnie na pierwszej lekcji, była faktycznie stanowczą kobietą. Bystrą, przenikliwą i ogromnie zaangażowaną. Z takim zapałem przekazywała swój przedmiot, że jej lekcje lubili wszyscy uczniowie, niezależnie od tego, jakie oceny od niej otrzymywali. Nawet kiedy prowadziła zajęcia wyrównawcze po lekcjach zapisała się na nie cała klasa! Wystawiliśmy wtedy wspólnie sztukę dla rodziców, a przygotowania do niej to chyba moje najpiękniejsze wspomnienie z szkoły podstawowej.

Polonistka z gimnazjum z kolei dużo wcześniej niż inni nauczyciele dostrzegła, że dzieje się ze mną coś niedobrego. Miałam w tamtym czasie problemy zdrowotne i rodzinne, trochę za duże do uniesienia dla nastolatki. Mocno się w tym czasie pogubiłam i na wielu sprawach zależało mi coraz mniej. Opuściłam się w nauce, ale nikt z nauczycieli nie zwrócił na to większej uwagi, bo jak dotąd uczyłam się świetnie. Nikt, poza panią od polskiego.

Kiedy w moich nastoletnich oczach się mnie czepiała, tak naprawdę uruchomiła system wzmożonej troski. Dokładniej i skrupulatniej mi się przyglądała i wymagała więcej niż od innych. Strasznie się o to wściekałam, ale mimo tego, trochę dla świętego spokoju, wzięłam udział w ważnym przedmiotowym konkursie. Nieoczekiwanie dostałam się do następnego etapu, a moja nauczycielka poprowadziła mnie do wysokiego miejsca.

Musiałam wtedy spędzić z nią bardzo dużo czasu i dokładnie pamiętam, jak bardzo zdziwiło mnie, że ten czasu upływa mi naprawdę przyjemnie. Z dala od typowej lekcji i szkolnego zamętu dostrzegłam w niej nie nauczyciela, lecz po prostu człowieka. Stanowczą, ale też niezwykle czujną i troskliwą osobę. Udział w konkursie sprawił też, że znowu zaczęło mi zależeć na swoim rozwoju.

Tymi pozytywnymi spostrzeżeniami o moich nauczycielkach nie podzieliłam się jednak z mamą. Gdyby opierała swoją opinię wyłącznie na mojej relacji uważałaby, że obie te panie są nieprzyjemne, ostre i się na mnie uwzięły.

Zauważ nauczyciela

Celem tej opowieści absolutnie nie jest dojście do wniosku, że nie warto wierzyć w relacje dzieci i ich opinie o nauczycielach. Wręcz przeciwnie, wszak spędzają z nimi szalenie dużo czasu. Warto jednak pamiętać, że dziecko, podobnie jak ludzie dorośli, przepuszcza informacje przez filtr swojej percepcji i uczuć. Że, podobnie jak ludzie dorośli, prawdopodobnie mocniej i dłużej niż szczęśliwe i przyjemne doświadczenia przeżywa te, które odebrało negatywnie.

Nauczyciele także popełniają błędy. Są przecież częścią słabo funkcjonującego w naszym kraju systemu edukacji. W całym tym, bądź co bądź, wadliwym systemie, którego częścią są zarówno uczniowie i nauczyciele, jak i rodzice naprawdę nie chodzi o to, kto ma rację. Chodzi o to, aby wśród tych uchybień znaleźć sposób na to, aby dostrzec wszystkie strony tej relacji i postawić je na równi. Tak, aby to naprawdę był pozytywny rozwój, dla każdego uczestnika i w każdym aspekcie.

Droga przyszła Nauczycielko mojego dziecka!

Mam nadzieję, że gdy przyjdzie nam się wreszcie spotkać, nawet na chwilę nie zapomnę, jak wielki należy Ci się szacunek. Nie tylko od mojego dziecka, ale też ode mnie.

Że gdy dojdzie kiedyś do naszej konfrontacji, będę potrafiła wyjść poza własną perspektywę i zrozumieć Twoją.

Że dostrzegę, jak bardzo się starasz. Godzić zlecenia, wymagania i oczekiwania z realiami w klasie. Wykonywać swój zawód najlepiej, jak się da w wadliwym systemie.

Że nie zapomnę, że nie jest Ci łatwo. Być czujnym i wyrozumiałym w przeludnionej klasie, w której każdy z uczniów ma inne potrzeby. Utrzymać zaangażowanie w środowisku, które jest doskonałym podłożem do wypalenia zawodowego.

Mam nadzieję, że gdy przyjdzie czas na edukację mojego syna, będziemy wspólnie pracować nad osiągnięciem tego celu.

Że zamiast widzieć w Tobie systemowe narzędzie do nauczania dostrzegę po prostu człowieka. Człowieka, który ma ogromny wpływ na życie mojego dziecka.

A co Wy sądzicie o filmie z kampanii Pozytywny Rozwój? Jakie wzudził w Was skojarzenia? Napiszcie mi o tym w komentarzu.

[1] Tekst jest inspirowany kampanią Pozytywny Rozwój, a w szczególności filmem z udziałem aktorów: Katarzyny Zielińskiej i Kacpra Kuszewskiego.

Dziękuję za Twoje odwiedziny na mojej stronie! Chcesz być na bieżąco? Polub mój profil na Facebooku lub Instagramie i nie przegap żadnego wpisu!

9 Comments

  1. Nauczyciele są różni – tak jak zresztą każda inna grupa zawodowa. Mamy i tych z powołania, prawdziwych pedagogów – i tych, którzy tylko „odbębniają” swoje godziny w pracy na odpiernicz. Sama swego czasu kończyłam pedagogikę wczesnoszkolną , miałam też staż w przedszkolu – i niestety z przykrością stwierdzam, że na przedstawicieli tej pierwszej kategorii niezwykle trudno trafić. Wielu moich znajomych ze studiów na pytanie o wybór takiego a nie innego kierunku odpowiadało : ” w sumie to nie lubię dzieci – ale pedagogika jest przynajmniej łatwa, a coś przecież trzeba w życiu robić”…

    Reply
    1. Martyna Filipiak Author

      Karolina, to co piszesz jest interesujące i przykre jednocześnie. To prawda, nauczyciele zostają nauczycielami z różnych powodów, a tzw. powołanie to tylko jeden z wielu. Oczywiście, chciałoby się, żeby nasze dzieci trafiały tylko na tych zaangażowanych, ale cudów nie ma ;). Chodziło mi jednak o zwrócenie uwagi na to, że nawet najbardziej powołany nauczyciel ma, bądź co bądź, trudną pracę i może się w niej wypalić. Dziękuję za Twój komentarz!

      Reply
  2. Ja mam bardzo różne wspomnienia z czasów, kiedy chodziłam do szkoły. Myślę, że jak większość osób trafiałam na tych fajniejszych i „mniej fajnych” i przyznaję się, że matematyczka z liceum śni mi się do dziś – w koszmarach 🙂

    Reply
  3. Mona

    Organizowanie pracy wychowawczej nie jest przedsięwzięciem łatwym. Istnieje wiele trudności na drodze do skutecznego organizowania pracy wychowawczej z uczniami. Ważna jest umiejętność porozumiewania się z dziećmi i młodzieżą. Słuchanie dzieci jest bardzo ważne. Relacja rodzic – nauczyciel wymaga wiele taktu, zrozumienia, niejednokrotnie ustępstw i dostosowania się do oczekiwań i wymagań każdej ze stron. Nie ma instrukcji, zarówno dla rodziców, jak i nauczycieli chcących nawiązać prawidłowe stosunki, które zaowocują zgodną współpracą dla dobra dzieciaków. Ważne jest: zaufanie, szczerość, cierpliwość i wyrozumiałość oraz współdziałanie. I tego Wam życzę 🙂

    Reply
    1. Martyna Filipiak Author

      Zgadzam się w zupełności. Podałaś kilka bardzo cennych i prawdziwych uwag. Mam nadzieję, że uda mi się wykazać własnie tymi cechami, kiedy przyjdzie mi nawiązać rodzicielsko – nauczycielską relację. Dziękuję za komentarz!

      Reply

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Używam plików cookies, aby ulepszyć działanie strony. Klikając, wyrażasz na to zgodę. Więcej

Ustawienia plików cookies mają docelowo możliwie najbardziej usprawnić przeglądanie witryn internetowych. Brak wprowadzenia zmian w ustawieniach cookies lub naciśnięcie 'Zatwierdź' oznacza, że wyrażasz na to zgodę.

Zamknij